Recenzje albumów
40 SURFERS WAITING
FOR THE WAVE
PLIM PLUM PLAM (CD)
TELE-LA-LA (DVD)
PLIM PLUM PLAM
MOSHI MOSHI
Recenzje - 40 SURFERS WAITING FOR THE WAVE
Rzecz dla koneserów dań wyrafinowanych. Pełni przyjemności dostarczy wyrobionym podniebieniom - do spokojnego degustowania zamiast natychmiastowej konsumpcji. Nie jakaś tam butelka za 9,90 z dyskontu, ale wino z wysokiej półki. Takie, co to w głowie zakręci jak należy, ale przy okazji dostarczy powodów do dyskusji. To rzecz jasna w dużej mierze zasługa Agima Dżeljiljiego, nadwiślańskiego (a właściwie nadodrzańskiego, bo Öszibarack to ekipa z Wrocławia) czarodzieja pokręteł w instrumentach elektronicznych i suwaków na mikserskim stole. To on urokliwe linie wokalne i eteryczne klimaty, za które odpowiedzialna jest Patrysia Hefczyńska, w każdym takcie obudowuje dźwiękami do granic rozsądku zakręconymi. Wygina strukturę piosenek, rozkłada je na czynniki pierwsze, składa na nowo w sposób zupełnie nieoczywisty. Chwilami szarżuje, ale jednocześnie nie traci przy tym umiaru. I jeśli już czegoś na "40 Surfers..." brakuje do ideału, to chyba tylko paru numerów, które poza tą zabawą z formą chwilami miały też zadatki na radiowe przeboje. To w końcu awangardowy, ale jednak pop. Potrafi to Goldfrapp, potrafiło Moloko, dlaczego ma tego nie robić Öszibarack?
Robert Sankowski
Gazeta Wyborcza - Duży Format
Zmiana perkusisty zaowocowała najlepszym albumem w karierze zespołu. Jan Młynarski jest tu siłą napędową, bo dodaje nieco eterycznej dotychczas elektronice rockowego kopa. Sporo ładnych melodii, ale i pojechany "Nooks". Jeśli miałbym się przyczepić, to niekiedy słychać o kilka dźwięków za dużo, dlatego ciekaw jestem wersji koncertowych, które powinny być jeszcze lepsze. A wokalistka Patrycja powinna, skoro na płycie tak wiele się dzieje, popracować nad zróżnicowaniem wokalu, który przestaje być tylko kolejnym instrumentem. Bardzo dobre.
Piotr Metz
Wprost
Flagowi reprezentanci nocnej linii "Trójkowego Ekspressu" nie rozpieszczają swoich słuchaczy częstotliwością wydawania płyt, ale kiedy przychodzi co do czego, to nie ma powodów do narzekań. Tym razem zapraszają na surfing tak jesienny, jak tylko to możliwe.
Oszibarack od debiutanckiego albumu pozycjonował się, jako przedstawiciel alternatywnej elektroniki o zabarwieniu i stosunkowo popularnym, i ciepłym, by nie napisać romantycznym. Stąd zbiór wykonawców, z którymi kwartet porównywano był na tyle obszerny, że mieścił Moloko, Royksopp, Lali Punę czy To Rococo Rot. Coś do pokręcenia nóżką i do ululania. A o tym, że Oszibarack nie daje się zamykać w szufladkach niech zaświadczy choćby utwór "Surfin Safari" z poprzedniego longplay'a, w którym kwartet oddawał hołd Beach Boysom.
Na name-checkowaniu jednej z najsłynniejszych surferskich płyt wszechczasów się nie kończy. Zespół z Wrocławia po trzech latach powraca krążkiem "40 Surfers Waiting For The Wave". Już sam tytuł mówi wiele, bo zakłada w końcu trochę słońca, jak i pokłady melancholii. "Surferzy" to właśnie takie wydawnictwo – podróżnicze i zatęsknione, ale także popadające w rozkoszne rozrytmizowanie. Te kontrasty są tutaj bardzo ładnie rozpisane, gdy słyszymy dziewczęcy, jak zwykle, wokal DJ Patrisii płynący na przestrzennych, leniwych podkładach, a przy tym niosą nas motoryczne basy i niemalże plemienne bębny. Aż na myśl przychodzi czasem "Merriweather Post Pavilion" Animal Collective'ów.
Materiał zgromadzony na "40 Surfers Waiting For The Wave" wydaje się być bardzo hermetyczny, choć na dobrą sprawę, gdy rozbierze się go na części pierwsze to nie do końca tak jest. Nie brakuje sypialnianej przestrzeni, są też numery bardzo energetyczne ("Nooks", "Black Hawk"), kojące przerwy na wdech i wydech ("Oh, Sailor"), nowoczesne podejście do formuły archaicznego girlsbandu ("Let Her Go"), a nawet prawie-shoegaze ("Wojtek, The Bear Soldier"). Oszibarack nie rezygnuje też wcale ze swojego ascetycznego oblicza, które dane nam było poznać na "Moshi Moshi".
"Życie to surfing, więc nie bój się fal" - śpiewał niegdyś Artur Rojek. A ja pozwolę sobie tylko dodać, żebyście nie tylko nie bali się fal, ale także czekali na nie słuchając "40 Surfers Waiting For The Wave". Neurotycy i wrażliwi ekstrawertycy wszystkich krajów, łączcie się na sennej plaży Oszibarack!
Marek Fall
Onet
Istniejący od siedmiu lat electropopowy Oszibarack nie wydaje płyt zbyt często - w październiku ukazał się dopiero jego trzeci album. Jednak w ich wypadku zdecydowanie nie liczy się ilość, a jakość. Nowa płyta to potwierdza
Debiutowali w 2004 roku tanecznym albumem "Moshi Moshi", wskakując z nim do czołówki elektronicznej awangardy w naszym kraju. Formacja producenta Agima Dzeljilji i znanej z zespołu Husky wokalistki Patrysi Hefczyńskiej zaproponowała świeżą, energetyczną mieszankę inspiracji niemiecką elektroniką, postrockowych rytmów, akustycznych brzmień i charakterystycznego głosu frontmanki. Cztery lata potem potwierdzili klasę albumem "Plim Plum Plam", na którym - nie rezygnując z electropopowej podstawy - sięgnęli po minimal, techno oraz... sekcję dętą, a z tego połączenia powstały dźwięki, które można nazwać big bandem XXI. W ubiegłym roku pojawiło się wydawnictwo DVD "Tele-La-La", znaleźli się także na składance "Wyspiański wyzwala". Teraz Oszibarack powraca z krążkiem "40 Surfers Waiting For The Wave".
Rozpoczynający płytę "Restless Legs", utwór oparty na mocnym rytmie przypominającym puls słynnego "Personal Jesus" Depeche Mode, sugeruje, że mamy do czynienia z tanecznym albumem, podobnym do poprzednich płyt zespołu. Poniekąd potwierdza to następujący po nim "Bull's Eye", w którym perkusyjny beat zastępują plemienne wręcz, transowe bębny i momentami industrialna elektronika. Jednak wolniejsza, marszowa "Rubacza" to zupełna zmiana nastroju - spokojniejszy podkład usadza trochę na miejscu, w żadnym wypadku jednak nie nudzi, tym bardziej że pod koniec pojawiają się niepokojące synkopy, zabawy dźwiękiem i rytmem. Podobnie jest z "Oh Sailor" z trasowym, szeleszczącym beatem, opatrzonym prawie minutowym electrowstępem "Socks & Pants" czy opartym na shuffle "Holy Paprika" - to delikatniejsza, melancholijna, mało eksponowana wcześniej twarz Oszibaracka. Spokój burzy energetyczny, prawie jungle'owy "Black Hawk", ale już "Let Her Go" to powrót do wolniejszych, bardziej przestrzennych klimatów z dającymi się wyłowić cukierkowymi żeńskimi chórkami w tle.
Złamaniem elektronicznej konwencji jest "Wojtek, The Bear Soldier", opowieść o niedźwiadku, który wraz z polskimi żołnierzami brał udział w bitwie pod Monte Cassino (to nie jest fikcja literacka, dzielny miś rzeczywiście istniał!), gdzie momentami na planie pierwszym jest przesterowana gitara. Najpierw tanecznym rytmem, a potem agresywną perkusją bombarduje "Nooks", krótka, ponadminutowa i wydająca się dźwiękowym eksperymentem "Shelluna" poprzedza zamykającą płytę elektroniczną balladę "On My Sho". Ten płynący z pianinem w tle utwór to idealny finał krążka - po spokojnych transowych rytmach i tanecznych beatach dostajemy leniwą kompozycję z melodyjną linią wokalu, delikatnymi chórkami i przestrzennym podkładem. Coś jak ambientowe utwory islandzkiej grupy Sigur Ros w żeńskim wydaniu. Skojarzeń ze Skandynawią jest więcej dzięki ascetycznemu brzmieniu i nie byłoby dziwne, gdyby płyta stanęła na półce obok wydawnictw The Sugarcubes czy Royskoop. Wrocławianie nie kopiują jednak bardziej znanych kolegów, to raczej zapożyczony od nich chłodny minimalizm ze sporą dozą słowiańskiej fantazji i naszej tradycji zabaw wszelakich.
"40 Surfers Waiting For The Wave" jest inne od poprzednich płyt Oszibaracka, to zdecydowanie najspokojniejszy i najbardziej elektroniczny album zespołu. I bardzo dojrzały, co słychać świetnie choćby w wokalu DJ Patrisi - zrezygnowała z dziewczęcych zaśpiewów i punkowej agresji, brzmi tu zdecydowanie, pewnie i bardzo stylowo. To płyta, którą po pierwszym przesłuchaniu chce się włączyć jeszcze raz. I jeszcze raz. I znów.
Rafał Zieliński
Gazeta Wrocław
Copyright © Őszibarack 2008-2012. All rights reserved.